Po transformacji w Polsce zaczął się prawdziwy boom na organizacje pozarządowe. Nic dziwnego, skoro po latach represji umożliwiono Polakom swobodne zrzeszanie się. Tworzenie fundacji i stowarzyszeń stało się gwarantowanym prawem każdego obywatela, cieszącego się pełnią praw publicznych. Organizacje trzeciego sektora zyskały wyższą rangę i powagi nadał im zapis konstytucyjny, stanowiący, iż przejmują od państwa część zadań administracji. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać zarówno stowarzyszenia, jak i fundacje. Aby założyć stowarzyszenie wystarczy 10 osób, fundację właściwie może powołać jedna. Organizacje pozarządowe zajmują się w Polsce szeroką gamą problemów społecznych i w dużym stopniu odciążają aparat państwowy. Jest wiele organizacji zajmujących się pomocą najbiedniejszym, organizacje te prowadzą domy dla matek samotnie wychowujących dzieci, schroniska dla bezdomnych i tym podobne. Pozyskują i dystrybuują dary rzeczowe. Inne organizacje zajmują się pomocą prawną dla potrzebujących, bezrobotnych, eksmitowanych. Jeszcze inne przygotowują i rozdają ciepłe posiłki. Mnóstwo organizacji pomaga dzieciom – zapobiegają przemocy, pomagają jej ofiarom, zapewniają ubrania, jedzenie, wyprawki szkolne. W ostatnim czasie powstało kilka organizacji pomagających rodzinnym domom dziecka. W Polsce powstało też wiele organizacji, których celem jest ochrona środowiska, czystości wód czy lasów i łąk, ochrona zwierząt (bezdomnych psów i kotów). Są też fundacje, które zajmują się promowanie idei, na przykład promują ekologię, prawa kobiet, prawa imigrantów. Działalność takich organizacji jest finansowana z darowizn osób prywatnych, często są to też dary rzeczowe, ponieważ wiele osób woli dać dobra materialne niż pieniądze. Inne źródło finansowania to dotacje z Unii Europejskiej czy innych funduszy dostępnych dla organizacji trzeciego sektora. Państwo polskie również przeznacza środki na pomoc charytatywną w ramach budżetu, więc organizacje ubiegają się o pieniądze z administracji na szczeblu wojewódzkim czy gminnym.
W mediach coraz częściej słyszymy o wielkich tragediach wstrząsających światem. Trzęsienia ziemi, tsunami, trąby powietrzne, wielkie mrozy czy wielkie susze dziesiątkują społeczności lokalne w odległych krajach. Z reguły są to kraje o wiele od Polski biedniejsze, znajdujące się poza Unią Europejską, często są to kraje trzeciego świata. Życie w tych krajach jeszcze przed tragedią było trudno do wyobrażenia dla przeciętnego Kowalskiego. Ludzie żyjący ziemiankach, wielogodzinne wędrówki po wodę, jedzenie, dzieci od najmłodszych lat pracujące na rzecz społeczności, żadnej edukacji, nie mówiąc już o służbie zdrowia czy dostępie do internetu. Woda i jedzenie tak fatalnej jakości, że zjedzone przez Polaka mogłoby okazać się śmiertelną trucizną. Są kraje, gdzie ludzie umierają z głodu i pragnienia. Nie ulega wątpliwości, że Polska w porównaniu z nimi to raj na ziemi, a najbiedniejsza polska rodzina opływa w luksusy.
Niestety, przy okazji każdej tragedii w odległym, biednym kraju odzywają się dyskusje, czy stać nas na pomoc. Czy osiągnęliśmy już poziom cywilizacyjny pozwalający na pomaganie? Odpowiedź brzmi: tak. Jeśli nie my, to kto? Oczywiście, jest bardzo wiele bogatszych krajów niż nasz. Ale nawet w tak zamożnym kraju jak Stany Zjednoczone niedożywienie dzieci jest problemem. Problemem zdaje się być nie niedobór środków, ale ich dystrybucja. Poza tym, niestety, najczęściej sytuacja wygląda tak. Hipermarket. Do rodziny z wypakowanym po brzegi wózkiem zbliża się wolontariuszka kwestująca na rzecz ofiar kolejnej tragedii, tragedia ta na nasze szczęście wydarzyła się daleko od Polski. Powódź czy trzęsienie ziemi. Głowa rodziny wysłuchuje wolontariuszki, bo ciekawa, o co chodzi. Ale nie da ani grosza. Bo „niech bogate kraje pomagają”. Albo: „u nas dzieci głodują, nie będę dawał na obcych!”. Ale oczywiście na swoich też nie da, ale taki źle pojęty patriotyzm to wymarzona wymówka. I nie trzeba dawać pieniędzy, i lepiej się czujemy.
Organizacje pożytku publicznego to nie wszystkie stowarzyszenia czy fundacje. To tylko te z nich, które otrzymały ten status. To jakby tytuł, zbiór uprawnień nadany przez odpowiedni sąd. Aby ten status uzyskać, organizacja, a właściwie jej przedstawiciele, muszą się bardzo postarać, udowodnić, że organizacja rzeczywiście dla pożytku publicznego działa. Liczą się przeróżne sprawy. Są to zarówno dokonania organizacji, jak i dokumenty założycielskie. Zaświadczenie o nadaniu numeru REGON, numeru identyfikacji podatkowej czy krajowego rejestru sądowego to tylko niektóre z wymaganych dokumentów. To dokumenty, którymi dysponuje każda fundacja czy stowarzyszenie, dostarczenie ich kopii jest więc wyłącznie formalnością. Inna rzecz, o wiele trudniejsza, to dowody działalności pożytku publicznego. Tu liczy się wszystko, co dana organizacja robiła. Dowodem mogą być opisy świadków czy beneficjentów, podpisane umowy ze sponsorami czy na przykład wolontariuszami. Są to dowody, że dana organizacja działa. Liczą się też relacje w gazetach czy nagrania z telewizji. Mogą to być tabele i zestawienia pokazujące ilu osobom organizacja pomogła, co robiła. Dołączyć trzeba też dokumenty księgowe za poprzedni rok. Bilans i wszystkie inne konieczne dokumenty. O nadaniu statusu organizacji pożytku publicznego decyduje sąd, po przeanalizowaniu dostępnych dokumentów. Może je jednak odesłać do uzupełnienia, albo w ogóle wniosek odrzucić! Decyzja sądu nie jest ostateczna i można się od niej odwołać, jednak szanse na zmianę są wtedy nikłe. Jak widać uzyskanie statusu organizacji pożytku publicznego nie jest łatwe. Uzyskanie go nie kończy problemów! Co roku organizacja jest dokładnie sprawdzana, kontrolowane są jej finanse, na co je wydają. Nie może być tak, że zebrane z jednego procenta pieniądze lądują w kieszeni założycieli fundacji, w mniej lub bardziej jasnych okolicznościach! Co to, to nie! Chcesz mieć status OPP? Szykuj się na wiele kontroli!
Akcje charytatywne kojarzą nam się z rozdawaniem ubrań, jedzenia, pomocą bezdomnym czy innym poszkodowanym. Nie da się zaprzeczyć, że z reguły jest to pomoc materialna, rozdawanie czegoś. Tak też i większości z nas się kojarzą. Jednak ostatnio obserwuje się ciekawy trend. Chodzi o powstające coraz licznej organizacje pomagające osobom starszym. Nie chodzi tu jednak o zrobienie zakupów czy posprzątanie mieszkania. Jest to pomoc adresowana do osób sprawnych fizycznie i umysłowo, które chcą być na bieżąco z nowinkami technicznymi. Pomoc ta polega na nauczeniu starszych ludzi korzystania z komputera i internetu. W dzisiejszych czasach komputery są coraz powszechniejsze i coraz tańsze. Wielu seniorów otrzymuje używane komputery, a nawet laptopy od swych wnuków czy dzieci. Dostają, ale nie umieją korzystać. I tu wkraczają organizacje działające na zasadzie uniwersytetów trzeciego wieku. Czasami nawet będące nimi! Otóż dla chętnych organizowane są kursy obsługi komputera. Powoli, we własnym tempie, pod okiem cierpliwego specjalisty od komputerów i dydaktyki, uczą się obsługiwać komputer. A następnie internet. W efekcie tych zajęć dziadek z dumą pisze maila do wnuka. Ale po co to wszystko, zapyta ktoś, czy to nie strata pieniędzy? Otóż na pewno nie! Seniorzy uczestniczący w zajęciach trenują szare komórki, więc dłużej pozostaną sprawni umysłowo. To niebagatelna oszczędność dla budżetu. Internet, nawet gdyby zostali unieruchomieni w domu przez chorobą, pozwoli im wciąż udzielać się towarzysko, porozmawiać z rówieśnikami chociaż na forach. Jest możliwość poznania ludzi, i nie chodzi tu tylko o ewentualne szukanie sobie partnera! Chodzi o zapoznanie koleżanki, wspólne wyjście na kawę, ploteczki. Bezcenne rzeczy, tak bardzo potrzebne osobą starszym. Sieć da też szansę poczytania o chorobach, porady. Dlatego takie i podobne kursy powinny zyskać na popularności. Są one szansą na aktywizację osób starszych, przez to będąc jakąś formą pomocy humanitarnej.