W mediach coraz częściej słyszymy o wielkich tragediach wstrząsających światem. Trzęsienia ziemi, tsunami, trąby powietrzne, wielkie mrozy czy wielkie susze dziesiątkują społeczności lokalne w odległych krajach. Z reguły są to kraje o wiele od Polski biedniejsze, znajdujące się poza Unią Europejską, często są to kraje trzeciego świata. Życie w tych krajach jeszcze przed tragedią było trudno do wyobrażenia dla przeciętnego Kowalskiego. Ludzie żyjący ziemiankach, wielogodzinne wędrówki po wodę, jedzenie, dzieci od najmłodszych lat pracujące na rzecz społeczności, żadnej edukacji, nie mówiąc już o służbie zdrowia czy dostępie do internetu. Woda i jedzenie tak fatalnej jakości, że zjedzone przez Polaka mogłoby okazać się śmiertelną trucizną. Są kraje, gdzie ludzie umierają z głodu i pragnienia. Nie ulega wątpliwości, że Polska w porównaniu z nimi to raj na ziemi, a najbiedniejsza polska rodzina opływa w luksusy.
Niestety, przy okazji każdej tragedii w odległym, biednym kraju odzywają się dyskusje, czy stać nas na pomoc. Czy osiągnęliśmy już poziom cywilizacyjny pozwalający na pomaganie? Odpowiedź brzmi: tak. Jeśli nie my, to kto? Oczywiście, jest bardzo wiele bogatszych krajów niż nasz. Ale nawet w tak zamożnym kraju jak Stany Zjednoczone niedożywienie dzieci jest problemem. Problemem zdaje się być nie niedobór środków, ale ich dystrybucja. Poza tym, niestety, najczęściej sytuacja wygląda tak. Hipermarket. Do rodziny z wypakowanym po brzegi wózkiem zbliża się wolontariuszka kwestująca na rzecz ofiar kolejnej tragedii, tragedia ta na nasze szczęście wydarzyła się daleko od Polski. Powódź czy trzęsienie ziemi. Głowa rodziny wysłuchuje wolontariuszki, bo ciekawa, o co chodzi. Ale nie da ani grosza. Bo „niech bogate kraje pomagają”. Albo: „u nas dzieci głodują, nie będę dawał na obcych!”. Ale oczywiście na swoich też nie da, ale taki źle pojęty patriotyzm to wymarzona wymówka. I nie trzeba dawać pieniędzy, i lepiej się czujemy.
Polacy dużo chętniej darowują rzeczy niż pieniądze. Najnowsze badania pokazują, że znacznie chętniej bierzemy udział w akcjach, gdzie można przekazać przedmioty. Hitem są zbiórki w marketach. Wchodząc do sklepu otrzymujemy ulotkę informującą o prowadzonej w danym dniu akcji. Najczęściej są to akcje typu wyprawka dla żaka lub świąteczne. Od połowy sierpnia prowadzone są akcje zbiórkowe zeszytów, podręczników, przyborów szkolnych, plecaków dla dzieci z najuboższych rodzin. Już od końca listopada trwają zbiórki żywności na święta, zarówno dla potrzeb osób prywatnych, jak i do zorganizowania publicznych wigilii dla potrzebujących i samotnych. Zbierane są też zabawki na prezenty dla dzieci. W takich akcjach udzielamy się chętnie. Przecież nie chcemy, aby w tak wyjątkowym dniu, jak wigilia, choć jedno dziecko zostało bez prezentu. Rzadziej dajemy pieniądze do puszek.
W okolicach świąt prowadzone są też akcje na rzecz zwierząt. Ich pomoc humanitarna też dotyczy. W marketach i szkołach zbierane są miski, karma i puszki dla psów i kotów ze schronisk. Z kolei na wiosnę, w okresie porządków i wietrzenia szaf, wiele organizacji zbiera ubrania (to na przykład dla bezdomnych, bezrobotnych, osób starych i schorowanych) lub koce, zasłony, ręczniki (te rzeczy przydadzą się w lokalnym schronisku dla psów i kotów).
Ogólnie rzecz ujmując, wolimy dawać dary rzeczowe niż pieniądze. Choć niejednokrotnie organizacjom bardziej przydałyby się wolne środki finansowe właśnie. Ale my wierzymy, że pieniądze można zawsze wydać niezgodnie z naszym życzeniem. Choć organizacje społeczne podlegają ścisłej kontroli finansowej, Polacy nie do końca w to wierzą. Wolą przekazać worek ryżu czy kupić ubranie, bo przynajmniej mają pewność, że zostanie wykorzystane zgodnie z ich intencją. Dając rzecz od razu wyobrażamy sobie, na co zostanie spożytkowana. Ryż do jedzenia, ubranie do ubrania. Dając pieniądze nie zawsze mamy taką pewność.
W dobie kryzysu bezrobocie w Polsce wzrasta w szybkim tempie. Grupy szczególnie zagrożone bezrobociem to osoby po pięćdziesiątym roku życia, które mogą zostać zwolniona w ramach likwidacji miejsc pracy, a następnie będą miały małe szanse znalezienia pracy, ponieważ pracodawcy niechętnie zatrudniają osoby w wieku przedemerytalnym. Inna grupa to absolwenci, zarówno szkół średnich, jak i szkół wyższych, którzy nie zdobyli jeszcze doświadczenia i dlatego mają problem ze znalezieniem pracy. Dla potencjalnego pracodawcy to duże ryzyko zatrudnić osobę, która nigdy nie pracowała. Ale niezbędne doświadczenie można zdobyć na przykład zostając wolontariuszem. Może to być też rozwiązanie dla osób po pięćdziesiątce. Mogą zdobyć nowe umiejętności. Fundacje i stowarzyszenia w dzisiejszych czasach działają trochę tak, jak firmy. Mają sekretariaty, zatrudniają pracowników biurowych. Dzięki wolontariatowi można nauczyć się obsługiwać urządzenia biurowe, pisać projekty, wnioski o dotacje, poznać podstawy ekonomii, rozliczeń, księgowości. W fundacji czy stowarzyszeniu będą mieli więcej cierpliwości, niż w firmie, a za pracę będą nam szczerze wdzięczni. Inne rzeczy, których można się nauczyć przy okazji nieodpłatnej pracy na rzecz trzeciego sektora to podstawy prawa, obsługa klienta (przecież fundacje też mają swoich kontrahentów, sponsorów), pisanie pism i maili biznesowych, rozmowy biznesowe, pozyskiwanie funduszy, negocjacje, organizacja pracy własnej. Wolontariat to szkoła życia, odpowiedzialności za własną pracę. Z czasem również w wolontariacie awansujemy i zostajemy na przykład szefem zespołu wolontariuszy, zwanym koordynatorem. Inną zaletą pracy woluntarystycznej jest możliwość uczestnictwa w szkoleniach finansowanych przez organizację, dla której działamy. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w dzisiejszych trudnych ekonomicznie czasach wolontariat to doświadczenie, które doceni każdy pracodawca, warto więc umieścić je w swoim curriculum vitae.
Pomoc humanitarna jest niesiona ludziom po powodzi, dużym pożarze, tsunami, wojnie, słowem po klęskach żywiołowych, katastrofach o znacznym zasięgu. W oryginalnej wersji tego określenia chodziło o pomoc ludziom w trudnej sytuacji w ogóle. Pomoc humanitarna udzielana jest z reguły przez międzynarodowe organizacje pomocowe, fundacje, stowarzyszenia, organizacje o innej formie prawnej, ale znane i rozpoznawane na całym świecie. Dzieje się tak wtedy z reguły, gdy z powodu wojny aparat państwowy nie jest w stanie zapewnić mieszkańcom danego terenu pomocy w swoim zakresie. Do akcji wkraczają wtedy siły międzynarodowe, wolontariusze i pracownicy etatowi z innych krajów. W ramach takiej pomocy może być doprowadzona infrastruktura na przykład wodno-kanalizacyjna. Pomoc może sprowadzić się do zapewnienia jedzenia i picia. Do odbudowy domostw. Do sprowadzenia sprzętu niezbędnego do przywrócenia równowagi danego rejonu. Na przykład ponownego umożliwienia ludności produkcji żywności własnym sumptem. To daje ludziom niezależność. Jak mówi stare przysłowie, lepiej dać wędkę, nie rybę. Nowoczesne trendy w pomocy humanitarnej to nie proste przekazywanie produktów, to raczej umożliwianie społeczności powrót do staniu sprzed tragedii, i w kolejności dalszy rozwój. Inny rodzaj pomocy to dostarczanie leków, budowie szpitali polowych, budowanie szkół, czy banalnych dla naszych polskich realiów sprawach jak budowa studni. Z tym że znowu, najlepiej jest jeśli organizacja nie wkracza nagle w życie społeczności dotkniętej tragedią, nie zmienia jej stawiając studnię przy pomocy buldożerów. Raczej za swe środki aktywizuje społeczność, aby sama budowała studnie, wykorzystując środki zebrane przez daną fundację, organizację. Dotyczy to zwłaszcza terenów od lat dotkniętych działaniami wojennymi, gdzie ludzie pozbawieni są nadziei. Pomoc taka nie tylko pomoże ludziom podnieść standard życia, ale i uwierzyć, że inne życie jest możliwe do zrealizowania. Organizacja spełnia w ten sposób podwójną misję.
Wiele osób marzy o pomaganiu innym. Chcą zostać lekarzami, ratownikami, poświęcać się dla innych. Wzorując się na wielkich ludziach marzą o dalekich krajach i przygodach związanych z podróżowaniem. W rzeczywistości mało komu udaje się wytrwać przy tych marzeniach, zamiast założyć rodzinę wyjechać jako lekarz misji pokojowej do obszaru objętego działaniami wojennymi. Dla osób szczególnie zdeterminowanych wiele organizacji humanitarnych prowadzi wyjazdy na zagraniczne misje. Mogą w nich wziąć udział na przykład studenci medycyny. Jest to nauka zawodu połączona z praktyką lekarską w najcięższych warunkach. Jednocześnie jest to możliwość pomocy ludziom często naprawdę ogromnie potrzebującym, w krajach objętych konfliktami zbrojnymi, gdzie nie ma idealnych warunków sanitarnych. Wyjazdy takie przynoszą często wiele satysfakcji. Jest wiele organizacji, do których może zgłosić się osoba zainteresowana wyjazdem zagranicznym jako wolontariusz i niesieniem pomocy humanitarnej. Najchętniej przyjmowani są lekarze i pielęgniarki, ale medyczne wykształcenie nie jest konieczne. Poszukiwane są osoby mogące uczyć angielskiego. Są też wyjazdy, gdzie nie jest konieczne żadne wykształcenie, bo wszelkie umiejętności niezbędne w pracy przekazywane są na specjalnych szkoleniach. Warto tu wspomnieć, że lekarze wyjeżdżający na misję oczywiście też są szkoleni. A osoby bez wykształcenia mogą zajmować się sprzątaniem miejsc po działaniach wojennych, mogą pomagać lokalnej ludności w prostych czynnościach jak noszenie wody, budowa, szycie, pranie, opieka nad dziećmi. Mogą brać udział w misjach związanych z ochroną przyrody, renowacją zabytków (w najprostszym zakresie). Taki wyjazd, niezależnie od wykształcenia i docelowego zajęcia jest na pewno wspaniałym doświadczeniem. Zyskuje się ciekawe znajomości, przebywa w odmiennym kulturowo kraju, a przede wszystkim pomaga potrzebującym. Takie działania dają poczucie spełnienia życiowego i są naprawdę bezcenne.